środa, 29 maja 2013

[1]


Zamknęła za sobą drewniane, białe drzwi i usiadła na najbliższym krzesełku, czując przyspieszone bicie serca i napływające do oczu łzy. Oparła dłonie na swoich kolanach, nie zwracając uwagi, na zsuwającą się z ramienia torebkę, która bezgłośnie upadła na podłogę. Utkwiła wzrok w jednym punkcie a przejrzyste krople mimowolnie spłynęły po jej policzkach. Równocześnie w jej głowie odtworzył się obraz spaceru, który idąc dziś po raz kolejny tą samą ścieżką, wspominali. Maks był wtedy zupełnie inny, był przekonany, że w ich zawodzie nie da się stworzyć rodziny. Tak bardzo się od tego czasu zmienił. Ona tak dobrze go poznała... Nieustannie powracały do niej jego słowa, wypowiedziane tuż przed chwilą. 'Gdybyś była pewna, że mi też na tym zależy...' Zależy mu? W myślach zadawała sobie to pytanie milion razy na sekundę. Zaraz przypominały jej się jego oczy, kiedy wspomniał o Stanach... To coś, co się w nich zaiskrzyło, kiedy spytał, czy jest tego pewna... Nie potrafiła być wobec tego obojętna. To spojrzenie... Doskonale zdawała sobie sprawę, że wobec jego pytań, słów, spojrzenia i tej iskierki, tlącej się w czekoladowych oczach nie będzie potrafiła wymusić w sobie radości z wyjazdu, nie będzie potrafiła udawać. Przytakując szybko, skłamała, że właśnie tego chce, o tym marzy. I czym prędzej zniknęła za drzwiami. Chowając się, przed jego wzrokiem...
Gdyby zobaczył ją teraz... Siedzącą, z nieprzytomnym spojrzeniem, całą zapłakaną i trzęsącą się z nadmiaru emocji, przeżyć, ze strachu o to, co ma daje robić, co teraz... Nie musiałby o nic pytać. Wcale nie chciała jechać. Wyjazd miał być ucieczką. Ale jak uciekać, wobec takiego uczucia? Właśnie przed chwilą Maks powiedział jej, że próbował. Próbował od niej uciec. Nie udało się... To znaczy, że i jej się nie uda. Po co próbować? Przecież go kocha... Nieziemsko ogromny kamień spadł z jej serca, kiedy po tym wszystkim, co wydarzyło się w Somalii zobaczyła go całego, zdrowego... Obiecała sobie przecież, że liczy się dla niej tylko to, żeby przeżył. Nie ważne dla kogo... Przeżył. Wrócił. Był obok. Czuła, że jest jej tak bliski, a jednocześnie daleki. Jak bardzo bolał jego wyjazd, milczenie... Nie byłaby w stanie opisać żadnymi słowami. Ale czym było to w obliczu lęku o jego życie? Bolało, owszem. Ale wobec strachu jaki przeżyła, każdego dnia zastanawiając się, czy żyje, czy go jeszcze zobaczy... Wszystko przestało się liczyć.
I później, gdy dowiedziała się, że nie wrócił sam. Była przekonana, że towarzyszy mu lekarka, Olga Rojko, o której już przecież słyszała. Tak bardzo bolało... Ale... Maks wrócił z matką. Był tutaj, obok. Nie było z nim żadnej innej kobiety.
Jej Maks... Ten, który tak cholernie zranił, ten, za którym tak tęskniła, ten, o którego tak bardzo się bała... Kochany Maks. I właśnie przed chwilą powiedział jej coś, w czym między wierszami, bez wątpienia, zawarł wyznanie. Czy słowa, iż nie dało się od niej uciec, połączone z jego wzrokiem, tak dobrze jej znaną iskierką w oczach... Mają oznaczać, że nadal ją kocha?
Nieobecne spojrzenie przywróciła do rzeczywistości, szybko mrugając. Otwartą dłonią starła z twarzy łzy, jednocześnie wstając z krzesełka. Rozejrzała się po salonie i na stoliku dostrzegając laptopa, od razu skierowała się w tym kierunku. Usiadła na kanapie, kładąc urządzenie na kolanach. Włączyła komputer i niewiele się zastanawiając wystukała kilka słów maila, wysłała go i zamykając laptopa, odłożyła go na miejsce. Jeszcze przez chwilę siedziała w bezruchu. Wzrok znowu miała nieobecny. Nie zastanawiała się nad tym, czy dobrze zrobiła. Czuła to. Czuła, że nie może inaczej... Zastanawiała się po prostu, co dalej...

                                                                       ><

Z samego rana, zanim jeszcze większość 'załogi' zdążyła pojawić się w szpitalu, ona czekała pod gabinetem Elżbiety. Dostrzegając ją na końcu korytarza uśmiechnęła się i podeszła bliżej. W kilku słowach wyjaśniła o co chodzi, a w gabinecie opowiedziała jej o szczegółach.

Moment w którym znaleźli się na sali, reoperując... Wszyscy, ona, Maks, Sylwia, Beata, Orda i Leoś... Był tą chwilą, w której pomyślała, że na prawdę dobrze robi. Znowu byli razem... Znowu razem robili coś, co ma znaczenie. Zgranym i najlepszym zespołem ratowali życie. Właśnie to w tym zawodzie kochała. W tym zawodzie, jak i w tym miejscu. Nigdzie indziej, właśnie tu, w Toruniu odnalazła swoje miejsce. Miejsce w szpitalu i w życiu. Tu poczuła, że żyje, że jest szczęśliwa...

I kiedy wyszli z bloku. Razem. Ona i Maks. By udzielić informacji mężowi operowanej pacjentki. Tak doskonale się uzupełniali, tak zgrany duet tworzyli.

                                                                       ><

Idąc do domu ojca już z daleka, bezbłędnie rozpoznała samochód Maksa.
- Hej. - odezwała się, przechodząc obok.
- Heej. - podniósł na nią wzrok, jakby zaskoczony, spotkaniem.
- Ostatnio ciągle ktoś nam organizuje spotkania. Najpierw Jivan... - przystanęła, odwracając się w jego kierunku - Teraz mój ojciec... - i uśmiechając się.
- Ciekawe kto następny... - zamknął samochód i ruszył w jej kierunku z uśmiechem.
- Dużo tych zdjęć? - spytała, dotrzymując mu kroku.
- Trochę... Ale nie mogę Ci pokazać wszystkich. Zajęłoby to całą noc. Zresztą... większość musiałem robić telefonem.
- Telefonem? - zdziwiła się, jednocześnie wchodząc do domu.
- Nie miałem wyjścia... Myślałem, że chłopak chce się nauczyć robić zdjęcia, skąd mogłem wiedzieć, że mi przehandluje aparat?
- ... - roześmiała się, przechodząc do salonu. Widok, a raczej osoba, którą tam zastała, sprawiła, że momentalnie miała ochotę odwrócić się na pięcie i uciec byle jak najdalej stąd. Ojciec Maksa zapobiegł jednak temu z miejsca rozpoczynając swoją przemowę. Oparła się o framugę i próbując zapanować nad swoimi emocjami, przysłuchiwała się jego słowom, przeprosinom, wyrazom ubolewania, może i nawet skruchy... Jednocześnie była świadkiem tego, co działo się ze stojącym tuż obok niej Maksem. Bez wątpienia nie miał pojęcia, że zastanie tu swojego ojca... Stał, ze spuszczoną głową, tłumiąc w sobie emocje, podobnie jak ona. Inne emocje, ale równie silne... Widziała ten niewyobrażalny ból, jaki momentalnie się w nim pojawił. Złość a nawet wściekłość, na widok własnego ojca... I poczucie winy, skierowane do samego siebie. Widziała, jak ciężko jest mu się powstrzymać, by nie podejść do ojca, by nie wybuchnąć, by nie wykrzyczeć mu tego, co siedziało w głębi serca. Choć nie miała najmniejszej ochoty, starała się wysłuchać Gustawa i jednocześnie próbowała powstrzymać wspomnienia, nie chciała, by to znowu wracało. Na samą myśl o tym, co się wydarzyło czuła napływające do oczu łzy, znowu czuła się taka bezbronna, zagubiona... Poczucie bezpieczeństwa, jakie próbowała w sobie odbudować od czasu tamtego wydarzenia, znowu zostało zaburzone. Wystarczyła jego obecność...
Stał w bezruchu, nie mając odwagi podnieść wzroku, odwrócić się w jej stronę... Dopiero kiedy i jego rodzice i Leon wyszli z pomieszczenia, mijając ich, po dłuższej chwili odwrócił się, opierając się na przeciwko niej. Nadal nie był wstanie na nią spojrzeć. Czuł się tak cholernie źle z tym, jak się zachował. Nie uwierzył jej w momencie, w którym właśnie tego najbardziej potrzebowała. Zawiódł ją, tak bardzo... Tak cholernie żałował. I nie potrafił sobie wyobrazić, co ona może czuć w tym momencie. Współczuł jej takich wspomnień. Przecież takie wydarzenie pozostawi w niej ślad do końca życia. I przyczynił się do tego jego ojciec... Był na niego tak bardzo wściekły. A jednocześnie czuł się bezradny, bo teraz, w tym momencie niewiele mógł już zrobić. Czuł się z tym fatalnie, a jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że to Ala jest w dużo gorszej sytuacji... Widział, w jaki sposób zareagowała na obecność Gustawa...
Niepewnie podniósł na nią spojrzenie. Była taka nieobecna, zamyślona... Tyle bólu malowało się w jej czekoladowych tęczówkach, tyle strachu...
Czując jego wzrok, szybko jednak podniosła na niego swoje spojrzenie. Ich tęczówki spotkały się i żadne z nich, nie chciało odwracać wzroku. Dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy, bez słów. Niczego nie musieli mówić. W tych spojrzeniach było wszystko, oni to doskonale rozumieli.
W końcu przełamał się i zrobił krok do przodu, wyciągnął ręce w jej stronę, trochę niepewnie, jednak kiedy w żaden sposób się nie opierała, nie uciekła, nie odwróciła się tylko spokojnie opadła w jego ramiona, wtulając zaraz twarz w jego kark, mocno ją do siebie przytulił. W jednym momencie poczuł, jak ogromny kamień spada mu z serca. Przytulał ją do siebie, czując jak koszula przesiąka jej łzami. Delikatnie przejechał dłonią po jej plecach, czuł jej oddech na swojej szyi, czuł, jak cała drży. Mieszało się w nim tyle emocji, tyle przeżyć. Tak bardzo żałował, że wtedy zachował się w tak kretyński sposób. Miał w sobie tak ogromne poczucie winy, wściekłość na ojca mieszała się ze złością na samego siebie. Nie rozumiał, jak Gustaw mógł to zrobić... Jak mógł skrzywdzić, jego Alę.
A ona znowu była jego. Była obok, tak blisko. Znowu ją przytulał, znowu dotykał. Wtedy zawiódł, tak bardzo. Ale teraz, w tym momencie czuł, że jego wsparcie jest jej potrzebne, że chce je przyjąć. Nie opierała się, pozwalała być przy sobie. I tym drobnym gestem sprawiła, że poczuł, że nie wszystko jest stracone.
- Przepraszam. - wyszeptał, chowając twarz w jej włosach. Jedno, krótkie słowo, najszczersze, płynące prosto z głębi serca, z jego najskrytszych zakamarków. Nie wiedział, co mógłby w tym momencie jeszcze powiedzieć. - Przepraszam. - powtórzył, a ona w tym samym momencie poczuła, jak jego ciało przeszywa dreszcz. Odsunęła się od niego na moment. Spojrzała mu w oczy, dosłownie na kilka sekund i zaraz z powrotem się w niego wtuliła, obejmując jego szyję. Pomimo tych wszystkich przygnębiających emocji, bólu i wyrzutów sumienia, delikatnie uśmiechnął się sam do siebie.
 A ona? Nosiła w sercu tyle żalu do niego, tyle bólu... Za sprawą obecności i słów Gustawa wszystko wróciło, wszystkie złe wspomnienia... Ale widząc reakcję Maksa, czując, jak teraz, jest tuż przy niej, przytula ją i cały drży... Cieszyła się, że po prostu jest. Nie przejmowała się tym, że łzami moczy mu koszulę, nie przejmowała się, że swoim zachowaniem teraz, tym, że go nie odtrąca, że nie ucieka... Pokazuje mu, jak bardzo jej zależy, że nadal kocha, że nadal go potrzebuje, że jest w stanie pozwolić mu znowu być, dać drugą szansę... Nie chciała już dłużej udawać silnej i obojętnej. Przecież tak bardzo go kochała. Obok żalu i bólu w swoim sercu nosiła ogromną miłość do niego. Uczucie, z którym równać nie może się żadne inne, najsilniejsze na całej ziemi.
Zawiódł ją, skrzywdził. I tego nie da się zapomnieć. Ale złe wspomnienia można zastąpić tymi piękniejszymi. Wystarczy odrobina chęci i morze miłości. A to, obydwoje, razem, mieli.

- Dzieci... - Leoś wyjrzał z kuchni, zaniepokojony dłuższym milczeniem panującym w pomieszczeniu, a widząc ich przytulonych, już chciał się wycofać.
- Tato... - uśmiechnęła się, odsuwając od Maksa i ścierając z policzków łzy. - Chodź.
- Obejrzyjmy te zdjęcia. - odezwał się, wyjmując z kieszeni nośnik ze zdjęciami.

Siedzieli do późna, po 22, kończąc dyżur dołączyła do nich Beata. Oglądali zdjęcia, rozmawiali. Maks opowiadał o warunkach panujących w Somalii, o operacjach przeprowadzanych bez specjalistycznych sprzętów, o wielu nietypowych przypadkach... Jednocześnie unikając opowiadania o samym porwaniu, o tym, co przeżył, o swoich odczuciach. Żadne z nich nie naciskało... Grubo po północy Maks, orientując się która godzina, pożegnał się i wyszedł, odprowadzony spojrzeniem Ali.

                                                                       ><

Kolejny dzień obfitował w sprzeczne przeżycia. Najpierw walka o życie przyjaciela Jivana, późniejsza bezradność, bo pomimo odratowania Józka, nic już nie można było dla niego zrobić. Śmierć... I niemalże w tym samym momencie pojawienie się na świecie małego człowieka, syna Jivana, ich chrześniaka...
Stali za szybą, przyglądając się jak ich wspólny przyjaciel trzyma w ramionach maleńkie dziecko, jak uśmiecha się do niego, jak przytula... Zerkali na siebie co chwilę, nie kryjąc szerokich uśmiechów. Stojąc o krok za nią i walcząc z sobą, już chciał się odezwać. Wycofał się jednak, kiedy odwróciła się w jego stronę z uśmiechem.
- No powiedz to. - odezwała się z pięknym uśmiechem, widząc, jak zmaga się ze sobą, chcąc się odezwać i nie bardzo wiedząc jak, jednocześnie odwracając się z powrotem w kierunku Jivana i jego synka.
- Ty pierwsza.
- Ty...
- Przecież wiesz...
- Wiem. - zgodziła się zaraz.
- Kocham Cię. - odezwał się w końcu, powodując, że odwróciła się w jego stronę, a kąciki zarówno jego, jak i jej ust uniosły się wysoko ku górze. - Bardzo. - dodał, patrząc w jej oczy. Przez moment patrzyli sobie w tęczówki, by po chwili znów spojrzeć na Jivana i dziecko. Na jej twarzy malowała się tak ogromna radość...
- Nie chcę, żebyś wyjeżdżała do Stanów.
- Too... Wyślemy Ordę. - odparła, tak beztrosko. Zaraz po ich spacerze napisała maila w którym zrezygnowała z wyjazdu, jednocześnie polecając kolegę. A jej prośba już następnego dnia została zaakceptowana.
- Chcę, żebyś znowu była... - zaczął.
- Zawsze byłam. - weszła mu w słowo, kątem oka na niego spoglądając. Złapał jej spojrzenie, utrzymując je na dłużej. Kąciki ust obojga znowu uniosły się ku górze. Dopiero po dłuższej chwili wrócili spojrzeniami do Jivana. Bez słowa podszedł bliżej niej i objął ją w pasie. Przysunęła się do niego i oparła głowę na jego ramieniu.
- Kocham Cię. - wyszeptała, jednocześnie uśmiechając się do Jivana, który odwrócił się w ich stronę, z dumą pokazując dziecko.
- ... - musnął jej włosy. - Nasze pierwsze dziecko.
- Chrzestne! - roześmiała się, odwracając głowę w jego stronę.
- Oj tam. - spojrzał jej w oczy a dłonią złapał jej podbródek, tak, by mu nie uciekła. - Ważne, że... NASZE. - uśmiechnął się, zbliżając swoją twarz do jej ust. Najpierw delikatnie musnął jej wargi, odsuwając się tak szybko, że nie zdążyła nawet oddać pocałunku. Uśmiechnął się szeroko, gdy zaraz otworzyła oczy i zanim zdążyła się odezwać, zamknął jej usta stęsknionym pocałunkiem. Tym razem zdecydowanie dłuższym, tym razem w pełni odwzajemnionym.
- Jak ja się za Tobą stęskniłem... - przyciągnął ją do siebie, przytulając.
- Ja za Tobą też. - uśmiechnęła się, opierając głowę na jego torsie.
- No wreszcie! - z pomieszczenia, w którym znajdowały się noworodki wyszedł Jivan i z szerokim uśmiechem spojrzał na przyjaciół. - Wreszcie. - powtórzył, a widząc ich promienne uśmiechy tylko do nich podszedł i przytulił. - Nawet nie wiecie, jak się cieszę! - odsunął się, popatrzył na nich przez chwilę, po czym bez słowa odszedł w kierunku sali, na której leżała jego żona.
Stali tak jeszcze dłuższą chwilę. Milcząc, chłonąc swoją obecność, ciesząc się tym, że są, mają siebie, że znowu są razem.
- Idziemy? - spytał, opierając swoje czoło, o jej czoło.
- Chyba musimy. W końcu mamy dyżur. - uśmiechnęła się pięknie.
- Ale już niedługo. - zawtórował jej, unosząc wysoko brwi. Ujął jej dłoń i pociągnął w kierunku windy. Kiedy ta zatrzymała się na odpowiednim piętrze, a oni, trzymając się za ręce pojawili się na korytarzu swojego oddziału, każdy, kto ich mijał, niezależnie czy był pielęgniarką, lekarzem, czy salową posyłał im szeroki uśmiech. Największy entuzjazm okazał Leoś, Beata, Sylwia i Ela, którzy kibicowali im całym sercem, od samego początku.
- Wiedziałam, że prędzej, czy później tak to się skończy. - Beata zaszła im drogę. - Tylko pamiętaj. - skinęła w kierunku Maksa. - Jeśli skrzywdzisz tą moją siostrzyczkę... - dźgnęła palcem w żebra Kellera.
- Ten limit już wykorzystaliśmy! - objął Alę, przytulając ją do siebie. - Teraz będzie tylko 'I żyli długo i szczęśliwie'.

                                                                       ><

2 komentarze:

  1. Szczerze mówiąc dawno nie czytałam tak fajnego tekstu. W dodatku jest on bardzo poprawny, jeśli chodzi o interpunkcję oraz inne stylistyczne duperele ;) Zaciekawił mnie i bardzo się cieszę, że mogłam to przeczytać. Oby tak dalej.
    www.maryska-to-ja.blogspot.com
    Maryśka

    OdpowiedzUsuń